27.05.2017.
MENU WITRYNY
Kronika parafialna
Galeria zdjęć
Kontakt
Szukaj
LINKI
ss. KARMELITANKI
oo. KARMELICI BOSI
LOGOWANIE





Hasło?
GOŚCIMY
ODWIEDZAJĄCYCH
234665 gości
 
Kronika parafialna
 
 
Kronika parafialna
PICHTINSK Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Redaktor: Administrator   
06.06.2009.

Początki parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła w Pichtińsku (wspomnienia ks. Ignacego Pawlusa SDS) 

         Jeśli chodzi o parafię w Pichtińsku, to pichtińscy dowiedzieli się o mnie z gazet. Według mnie oni są niemieckiego pochodzenia, choć powszechnie się mówi, że to są Holendrzy, ale ja tam żadnego holenderskiego nazwiska nie spotkałem. Wszystkie ich nazwiska są typowo niemieckie, i to takie klasyczne niemieckie nazwiska: Ludwig, Kuntz, Hildebrandt, Hindenburg, Pastrik. Widomo, że oni są przesiedleńcami z Wołynia, który kiedyś należał do grodzieńskiej guberni, wiadomo, że oni przyjechali tutaj za chlebem, na skutek reformy stoły pińskiej w 1908 r. Ponieważ słynęli jako ludzie umiejący karczować lasy, to im dali te działki leśne w tajdze. Założyli oni te swoje wioski i z początku je nazwali tak jak tam na Wołyniu: Zamostecze, Nowiny i Dagnik. Potem ktoś to tam przemienił na Pichtińsk i Srednij, Dagnik został przy swojej nazwie.
         Do tej wsi jeszcze w czasach przedwojennych przyjeżdżał z Irkucka pastor ewangelicki. Trzeba sobie uświadomić, że świątynia luterańska w Irkucku znajdowała się na ul. Lenina, w miejscu, gdzie teraz stoi pomnik Lenina. Ludzie z Pichtińska chrzcili swoje dzieci w Irkucku, to było bardzo uciążliwe, musieli jechać do Zalarii (70 km przez tajgę) i z Zalarii pociągiem udawali się do Irkucka (230 km).
         Jak pojawiła się ta łączność pomiędzy mną a Pichtińskiem. Chyba w 1993 albo 1994 r.napisał do mnie p. Adolf Kuntz, który mieszka w Srednim, że w tym Pichtińsku jest grupa Niemców i to są luteranie, którzy zbierają się na modlitwy, jest im ciężko, ponieważ wspólnota zmalała bardzo pod wpływem pojawienia się i zaszczepienia się w Pichtińsku baptyzmy, świadków Jehowy, zielonoświątkowców. Prosili mnie, żeby nimi się zaopiekował i przysłał jakąś literaturę. Tak się jakoś złożyło, że niedługo po otrzymaniu tego listu pojechałem do Polski i w Warszawie, poszedłem do ewangelickiego konsystorza na ul. Miodowej i tam spotkałem się z kapłanami luterańskimi i poprosiłem o literaturę. Oni dali mi po polsku kilka książek, w tym katechizmy doktora Marcina Lutra, które przywiozłem i mogłem im przesłać Oprócz tego przesłałem im nasze, katolickie katechizmy po rosyjsku, bo zakładałem, że ich znajomość języka polskiego jest minimalna, jeśli w ogóle jest. Zakładałem to, na podstawie znajomości języka polskiego wśród Polaków w Irkucku, gdzie większość po polsku nie mówiła, albo bardzo słabiutko.
         Tak się złożyło, że muzeum w Zlariach zaprosiło do Pichtińska na wesele, które było pokazowe, zrobione w stylu folklorystycznym, tradycyjnym wice przewodniczącego „Ogniwa” (organizacja polonijna w Irkucku) p. dr. Eugeniusza Wrzaszcza. Po powrocie mówił mi, że Ci ludzie z Pichtińska bardzo chcieliby się ze mną spotkać i zapraszają mnie serdecznie. Pamietam, że w styczniu 1994 r. bp Wert zaprosił nas kapłanów do Nowosybirska na konferencje duszpasterską. W drodze powrotnej do Irkucka, wysiadłem w Zalariach i tam czekali na mnie p. Wrzaszcz i pracownicy muzeum w Zalariach. Pojechaliśmy do muzeum, do mera p. Marczuka. Potem pojechaliśmy do Pichtińska, jechaliśmy przez Hortagnę, ponieważ ta droga, którą teraz jeździmy do Pichtińska(przez Troick i Mostowkę) była nieprzejezdna. Pamiętam, że przyjechałem już o zmroku do domeczku, w którym mieszka teraz ciocia Józia, i tam cała masa ludzi ze wszystkich wiosek: z Dagnika, ze Sredniego i z Pichtińska. Było duszno, ciasno i nas przyjechało z tych samochodach około 50 osób, to była zima, była choinka, wchodząc do tego pomieszczenia, powiedziałem po polsku: „ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i słyszę jedną odpowiedź: „Na wieki wieków. Amen”. Wtedy pomyślałem sobie, że jeśli tutaj ludzie prawidłowo odpowiadają na katolickie pozdrowienie, to te małżeństwa musiały być mieszane katolicko – luterańskie i w świadomości tych ludzi jeszcze coś zostało. Po latach braku kontaktu. Zaczęliśmy kolędowanie, okazało się, że ci ludzi znają całą masę polskich kolęd, zwłaszcza ciocia Aniela. Ona miała w ręku kantyczki i kolędowaliśmy ile wlezie. Odprawiłem potem mszę św., to była pierwsza msza św. Po mszy św. było spotkanie, ludzi pytali się mnie czy będę do nich przyjeżdżał, odpowiedziałem, że tak i na znak, że przyjadę, zostawiłem paramenty liturgiczne, albę i orant. Po tym bardzo serdecznym spotkaniu, gdzie odpowiadałem na różne pytania, wszystko ich interesowało, była wspaniała kolacja, u p. Edwarda Kuntza. Jak się potem okazało, jego dom przez wiele lat był dla mnie domem, zawsze u niego nocowałem i zawsze mnie gościł. Ale na posiłki zapraszali nas i inni, zwłaszcza Malwina, Liza, ciocia Aniela. Po każdej liturgii była agapa, śpiewaliśmy pieśni religijne, ludowe rosyjskie i polskie.  Okazało się, że ciocia Aniela zna tych pieśni mnóstwo, których nawet ja nie znałem. Ja się od niej nauczyłem kilka starych, polskich śpiewek. Sama do szkół nie chodziła, uczyła się przy pomocy modlitewników i śpiewników. Te modlitewniki są bardzo ciekawe: Biblia po polsku, ale pisana gotykiem, modlitewnik, kapsjonał, śpiewnik po polsku, ale litery gotyckie. Wszyscy czytali „Kazania ks. Samuela Dąbrowskiego” luterańskiego pastora, te księgi z których się modlili były wydane w XIX w. w Toruniu w Koningsbergu. Te książki są bardzo cenne, ja pierwszy raz zobaczyłem mowę polską wyrażoną w gotykiem. Było to dla mnie duże przeżycie.
         Ze mną zaczęły jeździć siostry betanki, żeby zacząć pracę katechetyczną i to co jest wielkim osiągnięciem, to udało się wprowadzić katechizację w szkołach. Po lekcjach czy przed lekcjami mówiliśmy krótko o Biblii i moralności, aby jakieś ziarna prawdy Bożej w nich się zachowały. Później ks. bp Mazur przekazał parafię Karmelitom Bosym z Usola, ale był jakiś taki okres czasu, kiedy opuścił Usole o. Maciej Sydow OCD, to znowu wróciłem do Pichtińska, aż do czasu mojego wyjazdu z Irkucka 26 marca 2006 r. Wtedy znowu parafię w Pichtinsku ks. bp Cyryl Klimowicz przekazał Karmelitom Bosym. Głownie jeździł tam o. Stanisław i o. Kasjan. Byłem tak bardzo mocno przywiązany do tego Pichtińska, który ukochałem nad życie, to zawsze jeździłem z o. Maciejem. W dwójkę szybko obsługiwaliśmy Pichtińsk, jak ja odprawiałem w Dagniku to on Pichtińsku i tak na zmianę to robiliśmy. To było dobre rozwiązanie.
Teraz Ojcowie Karmelici obsługują, teraz ciągle jeździ tam o. Paweł i mam nadzieję, że ta opieka nad tymi ludźmi będzie trwać nadal. Pamiętam, że napisałem list do bp Jana Szarka (biskup ewangelicki). Prosiłem go, aby kogoś do Pichtińska posłał. Odpowiedź była wysłana w Boże Narodzenie 1994 r., ja go otrzymałem na początku stycznia 1995 r. Odpisał mi uprzejmie, że dziękuję za informację o tych ludziach, że nie mógł sobie wyobrazić, że tak daleko na Syberii mogą być luteranie, ale niestety nie może nikogo posłać i nie planują wysłać do Rosji nikogo. Natomiast niespodziewanie dla mnie przyjechali pewnego dnia do Irkucka luteranie z Nowosybirska, nie augsburscy, tylko jakiś skandynawski odłam luteran. Pastor Rosjanin i diakon Daniel, prosili mnie aby ich zawieźć do Pichtińska, bo od bp Werta się dowiedzieli, że w Pichtińsku są luteranie. Ja z nimi pojechałem, oni odprawili tam swoje nabożeństwo, ale ludzi niestety ich nie zaakceptowali. Nie wiem dlaczego? Może wyczuli, że to z czym oni przyjechali. Oni myśleli, że ci luteranie mieszkają w mieście i mówli otwarcie, że są zainteresowani nie wioską, a tym bardziej taką jak Pichtińsk, zapadłą gdzieś w tajdze, gdzie trzeba tracić czas na drogę. Ich interesuje Irkuck i Ułan Ude, gdzie jest młodzież akademicka. Po tym spotkaniu nasze drogi się rozeszły, nigdy więcej ich nie widziałem. Potem przyjechał tutaj na jakieś uroczystości pastor  ewangelicki z Irkucka. Popatrzył jak to wygląda i machnął ręką, że to się nie opłaca, że daleko, że droga itd. Tymczasem nie chodzi o drogę, o dziury, o błoto, tylko chodzi o ludzi, którzy potrzebują serca kapłana, którego nazywają pastorem. Nigdy tego nie zapomnę jak przyjeżdżałem autobusem z Irkucka do Hortagny, tam po mnie wyjeżdżali samochodem, jechaliśmy przez wioski, to ludzie czekali na mnie, machając rękami, ciesząc się, że jestem. Był to dla mnie znak, widzialny znak, jak tym ludziom jest potrzebny kapłan. Na pewno nam się udało zebrać ludzi starych, którzy latami się modlili w domach i dzieci. Z początku ciocia Józia, była ogromnie niezadowolona, kiedy ja zacząłem sprowadzać dzieci na nabożeństwa. Krzyczała, że błoto przynoszą, że rozmawiają, że przeszkadzają w modlitwie. Ja przecież uświadomiłem sobie, że wszystko się zaczyna od dzieci, które przychodziły tłumnie. Później ludzie polubili te dzieci i dzisiaj są one istotnym elementem naszych spotkań.
         Zapracowane młode pokolenie, rodzice tych dzieci, niestety nie przejawią jakiegoś większego zainteresowania. Poza jakimiś nielicznymi wyjątkami.
                                              
Spisał nagrania ks. Ignacego Pawlusa SDS
o. Paweł Badziński OCD (obecny proboszcz w Pichtińsku)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zmieniony ( 18.07.2009. )